Roger Waters - Is This the Life We Really Want?
Analogowy miód.
Pink Floyd'ów słucham od zawsze. Twórczość własna Watersa dotarła do mnie w sposób nie chronologiczny. Zaczęło się od "Radio K.A.O.S", albumu, który usłyszałem późno, bo cztery lata po jego powstaniu. Zaraził mnie nim mój kolega z ławki w ogólniaku. Adam Grabarczyk. Zakochałem się w tej płycie. Waters eksperymentował wtedy z dźwiękiem przestrzennym. Do dzisiaj pamiętam, że za każdym razem jak puszczałem sobie tę płytę w domu, to na podwórku szczekał pies. Altusy 100W robiły swoje. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że ten pies szczeka na nagraniu. Album doskonały w każdym calu. Ale zupełnie odmienny i nie przypominający Watersa z jego produkcji z czasów Pink Floyd. Przyzwyczaił mnie jednak do tego, że pewne albumy tworzą integralną całość i nie można słuchać każdego utworu oddzielnie, a już na pewno trzeba ich słuchac po kolei.
Dwa lata później spędzałem lato w Zakopanym ze swoją ówczesną miłością i w pewnym małym sklepiku muzycznym usłyszałem "The Pros And Cons Of Hitch Hiking"... skądś znałem ten głos. Zacząłem rozmawiać ze sprzedawcą. Rany Boskie! Album z 1984 roku, a ja go nigdy wcześniej nie słyszałem? Przez 10 lat?? Fakt. Nie było wtedy internetu. Zakochałem się ponownie. Największym skarbem jaki przywiozłem z tego wyjazdu, był właśnie wtedy ten album. Niekończąca się ballada. Waters czerpał na tej płycie (1984) pełnymi garściami ze swoich starych dokonań i można tam znaleźć wiele smaczków z jego twórczości z PF. Smakowitych smaczków. Cudownie się tego słuchało nocą, leżąc na werandzie w chałupie oddalonej od wszelkich skupisk ludzkich, patrząc na rozgwieżdżone niebo. Roger temat pociągnął w albumie z 1986 "When The Wind Blows", ale ten już jakoś tak bardzo mnie poruszył. Takie odcinanie kuponów, ale nadal klimatyczne.
"Amused to Death" już nie przegapiłem. Był rok 1992. I chyba byłem jedną z pierwszych osób w Polsce, która przesłuchała ten album. Kakofonia. Mroczny i doskonały. Majstersztykiem według mnie jest na tej płycie jest utwór "Three Wishes". Czyli mamy już cztery pełne albumy Watersa. A każdy z nich praktycznie inny i niesamowity.
Nigdy się nie zgadzałem z opinią, że PF bez Watersa to nie PF, bo chłopaki bez niego też dawali sobie doskonale radę (chociażby The Division Bell).
Nigdy się też nie zgodzę, że Waters bez PF, to już nie to samo. I właśnie nastał ten moment, żeby to potwierdzić. Po 25 latach. Zasadniczo, przecierałem oczy jak się okazało, że parę dni temu Roger wypuścił zupełnie nowy (NOWY!) album z (NOWYM!) materiałem. Pojawiło się od razu wiele recenzji, ale omijałem je szerokim łukiem. Musiałem to sam stwierdzić, organoleptycznie. Parę dni temu tak się stało. Od tej pory przesłuchałem już album kilkanaście razy...
Dwie warstwy jak zwykle. Muzyka i teksty, które są nierozdzielne. I znowu postawienie na integralną całość. Nie można tego albumu oceniać na podstawie jednego utworu, jednego teledysku itp.
Analogowy miód, o którym wspomniałem na początku tego wpisu. Album chwilami jest minimalistyczny, przypomina o rodowodzie Watersa i pokazuje, że bas, gitara prowadząca i perkusja potrafi robić cuda i zasadniczo nic chwilami więcej nie potrzeba. I nagle zaskakuje wprowadzeniami pełnej symfonii. Syntezatory rodem z czasów analogowych.
Tworzenie klimatu czterema akordami. Przesunięcie epoki. Gdyby niektóre z tych utworów powstały 40 lat temu, też byłyby na czasie, a są nadal na czasie.
Polecam odsłuchanie albumu nocą. Nie dość głośno. Przy zamkniętej strefie. Tylko Ty i muzyka. Żadne pierdziółki bassbary i tym podobne cyfrowe badziewia. Ta płyta aż się prosi, żeby była dystrybuowana na kasetach ferro magnetic i odsłuchiwana na deckach z Dolby Pro i porządnych kolumnach Made in Poland.
Teraz (nie chronologicznie) o samych utworach.
"Smell The Roses"
Klasyka brzmienia. Bas. Perkusja. Gitary. Lekkie syntezatory. Cofamy się do czasu Pompei. Tu nie ma się do czego przyczepić. I niesamowite przejście... przywołujące na myśl soundtracki z filmów z lat 80-tych. A później nawet z lat 70-tych. Brzmienie ... brzmienie!
"Wait For Her"
Wspomniany przeze mnie wcześniej efekt "czterech akordów". Z niesamowitym wykorzystaniem brzmienia fortepianu, który tu robi główną robotę.
I kolejne dwa utwory, które zamykają płytę, są właściwie całością z powyższym. Kiedy przemijają ostatnie dźwięki "Part Of Me Died" i czekasz na kolejny utwór... nagle domyślasz się, że to już koniec i album właśnie się skończył... i chyba coś nie zostało powiedziane do końca. I co robisz? Odtwarzasz album od początku... and again and again...
"Deja Vu"
Zasadniczo pierwszy utwór na płycie, który nawiązuje klimatem do finału. I jest z nim nierozerwalny. Jeśli po dwóch minutach Ci się nie spodoba, nie zrozumiesz całości. Watersowy klimacik. Jakże nam znany. Symfoniczny od połowy. Klasyka.
"The Last Refugee"
Temat trudny, już ze względu na sam tytuł utworu. Dla mnie mieszane uczucia. Odsyłam ogólnie do liryki albumu, którą zamieszczam pod koniec tego wpisu. Ale kolejny przykład jak ten album jest spokojny i stonowany. Nie ma porównania do eksperymentu jakim było "Radio K.A.O.S. " Cudownie niespokojny.
"Picture That"
Oj! Kto zna PF ten wie jak się się po wprowadzeniu dalej potoczy ten numer. Rozkręca się niesamowicie. Chyba najbardziej dynamiczny na płycie, i chyba najbardziej kojarzący się z The Wall, jeśli chodzi o klimat. Perełka. Te dynamiczne przejścia, zasadniczo jak się zna twórczość PF, to nic w nim nie zadziwia. Nie zadziwia w sensie jak najbardziej obiektywnym. To jest własnie to co kochamy w tej muzyce...
"Broken Bones"
Chciałbym, żebyś tu był. Co nie? Na pierwszy rzut ucha. Powrót do korzeni. Nigdy się takie klimaty nie nudzą. Z każdym kolejnym przesłuchaniem twierdzę, że to po prostu autonomiczna część całej twórczości Watersa. I mam "Deja Vu", że to słyszałem, ale jednak nie do końca. I te wiolonczele... cudowne!
"The Most Beatiful Girl"
Ponownie wehikuł czasu. Bez wodotrysków. Trzeba tylko zamknąć oczy i dać się prowadzić muzyce. Nie wiem co tu więcej napisać.
"Bird In The Gate"
Najbardziej "technologiczny" utwór według mnie. Według mnie idealnie nadawałby się do jakiegoś mrocznego SF pokroju Blade Runnera'a. Mistrzostwo!
Reasumując. Ogólnie jestem człowiekiem leniwym, ale po przesłuchaniu kilkakrotnym tego albumu stwierdziłem, że muszę się z Wami podzielić moimi odczuciami, bo dawno mnie tak nie ruszyła muzyka. Muzyka, to mało powiedziane.
Według mnie na chwilę obecną to jest album roku. 10/10. Tu nie ma, jak to obecnie bywa utworów świetnych, gorszych, lub takich sobie. Mamy tutaj pełną, spójną całość, która po prostu jeśli ktoś potrafi ją dobrze odebrać wdziera się głęboko i pozostawia ślad na psychice.. w pozytywnym słowa znaczeniu.
Polecam. Bez dwóch zdań.
Misiek666
Teksty:
https://genius.com/albums/Roger-waters/Is-this-the-life-we-really-want
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz