czwartek, 27 lipca 2017

Bubek i psie zachowania.

Zacznijmy od tego, że mój znajomy jak się dowiedział, że Bubek ma już 23 lata i nadal żyje, zrobił "kocią" minę i stwierdził tak: - Tyy... stary. A może on po prostu jest takim przykładem kota, który nie wie co to czas? I dla niego czas się zatrzymał? Rozmawiałeś z nim o tym? No fakt. Nie rozmawiałem. Ale może niech Bubek żyje w tej błogiej nieświadomości? Co ja będę kota denerwował i wyjaśniał mu rzeczy, o których sam nie mam pojęcia? Nie jesteśmy wszyscy Einstain'ami prawda? Ale do rzeczy. Bubek, o ile mi wiadomo i Wam zapewne też, jest 100% okazem kotowości. Jest tak kotowaty, że już bardziej kotowaty nie może być nikt. No i tutaj muszę Wam się przyznać do pewnej rzeczy. Otóż w moim domu jak Wiecie od urodzenia mego były zawsze koty. Ale nie tylko :) Tak... były też psy. A najbardziej ukochanym był bokserek o imieniu Atos. Kiedy miałem lat cztery moi rodzice wpadli na cudowny pomysł "miecia psa". Pomysł był cudowny, ale jak się potem okazało - nie do końca. Po pierwsze rodzice pracowali na pełne etaty i nie było ich cały dzień w domu. Po drugie Atos to był pies demolka. Żyjemy obecnie w innych czasach. W tamtych czasach, kiedy Jarosław Kaczyński w stanie wojennym chował się pod spódnicę swojej matki, coś takiego jak dobre buty miało swoje znaczenie. Raz, że dobre buty kupić można było, ale nie w sklepie obuwniczym, dwa, że dobre buty świadczyły o ich właścicielu. Kiedy Atos zagościł w naszym domu, w krótkim czasie doprowadził do sytuacji, że ojciec do pracy (Polska Akademia Nauk ówcześnie) popindalał któregoś dnia w trampkach. To nauczyło moich rodziców, że od tego momentu buty były przechowywane na wysokości niedostępnej dla psa. Potem (pamiętajcie, że to były czasy, że nie było sklepów dla zwierzaków z karmą) okazało się, że Atos jest kochanym psem i potrafi współdzielić michę. Współdzielić z kim jak myślicie?  Tak. Z małym Arturkiem. Od urodzenia miałem etykietę "niejadka". Byłem typowym przykładem anoreksji bez bulimii. Do dzisiaj w rodzinie wspominamy historię, jak brat mojej mamy z żoną zabrał mnie nad Bałtyk na wakacje, kiedy miałem pięć lat. Taki typowy turnus w ośrodku. Śniadania, obiady, kolacje. A pośród nich ja. Niejadek.

Któregoś dnia ciotka się wściekła i stwierdziła, że nie wyjdę ze stołówki dopóki nie zjem przynajmniej jednego małego kotleta do końca. Twarda była. Ale nie wiedziała z jakim przeciwnikiem się mierzy. Po godzinie, kiedy to nadal dłubałem widelcem w kotlecie, ale tego co udłubałem nie przenosiłem widelcem do ust, ciotka wymiękła i zapytała:

- Artur. Bój się Boga! Co by Twoja mama powiedziała jak by zobaczyła, że nie zjadłeś nawet tego małego kotlecika?

Odparłem zgodnie z  prawdą:

- Mama by powiedziała ciociu: - A IDŹ W CHOLERĘ!

Ciocia chyba na to czekała, bo powiedziała: - Wiesz co? A IDŹ W CHOLERĘ!

No i tutaj wracając do Atosa. Okazało się, że jedyne posiłki, które spożywałem w owym czasie z przyjemnością, to były te, które pojawiały się w misce Atosa. Doszło do takiej sytuacji, że pies po nałożeniu porcji czekał na mnie, aż wybiorę sobie najlepsze kąski. Zdecydowanie preferowałem groszek i marchewkę. Pies tym samym niestety opuścił naszą rodzinę i zamieszkał u wujka i cioci.

Nadal kochał mnie bardzo, bo jeszcze zanim zadzwoniliśmy domofonem do ich mieszkania podobno wariował, bo czuł, że zaraz przyjdę. I nie opuszczał mnie na krok jak już byliśmy w środku. Fajny był...

Eee... ale zaraz ja tu miałem pisać o Bubku...

Bubek.

Pewnego leniwego dnia siedziałem w domu i się nudziłem. Z kawałka folii aluminiowej utoczyłem kulkę i rzuciłem Bubkowi do zabawy. Kot jak to kot. Rozpoczął polowanie. Toczył ją łapami po przedpokoju. Szalał. Przewracał się. Fikołki strzelał. Ogólnie fajnie dla niego i fajnie dla mnie.

W pewnym momencie się znudził i porzucił zabawkę. A ja w tym czasie zajęty czymś innym zacząłem sobie gwizdać pod nosem. Nagle... tyc! Czuję koci nos na nodze. Bubek. A koło mojej nogi kulka foliowa. Spojrzałem na kota. Siedział i patrzył na mnie wymownie. Podniosłem kulkę i rzuciłem ją przez otwarte drzwi do przedpokoju. Kot sprintem poleciał za nią i chwycił w ząbki. I patrzy się na mnie. Ja na niego. Stoi i się patrzy. Coś mnie tknęło i zagwizdałem. Kot zareagował momentalnie i po chwili był już przy nodze i rzucił mi kulkę.

No nie wierzę. Powtórzyłem operację. Dopóki nie zagwizdałem Bubek nie przynosił kulki.

To był ten dzień w którym nauczyłem Bubka aportować... kotopiesa mojego...