wtorek, 27 czerwca 2017

Bubkowe historyjki. Zbierane powoli w całość...

Bubek i ucieczka z Alcatraz.
Moi sąsiedzi na działce obok to w zasadzie moja rodzina. Nieeee... wróć. Nie rodzina. Z rodziną to różnie bywa. To przyjaciele. Przyjaciele moich rodziców z lat dziecięcych, których dzieci stały się przyjaciółmi dzieci moich rodziców, których to jak dobrze policzę moi rodzice się dochowali... aaaaa ... to o mnie mowa! No to dochowali się mnie.
No i tak. Działki duże mamy koło siebie i tylko dla siebie zrobiliśmy sobie furteczkę między naszymi działkami, taką na sprężynie, co by się sama zamykała. Dlaczego na sprężynie? Otóż sprężyny nie było do czasu, kiedy sąsiedzi/przyjaciele nie przygarnęli psiaka ze schroniska. Pies się wabi Figa i jest mieszańcem wszelkich ras ziemskich, ale ogólnie mówimy o niej "kundel z rodowodem".
Figa ma stwierdzone przez nas psie ADHD, które się objawia na dwa sposoby. Woda. Każdy zbiornik wody - nie ważne, czy to miska, balia, basen, rzeka, jezioro, morze, ocean - musi być natychmiast psimi łapami wzburzone... działa to jak parowce kołowe z epoki Hemingway'a. Drugi sposób - kamienie. Dowolnej wielkości, aby się w pysku mieściły. Gdyby głazy narzutowe się mieściły - też by były brane pod uwagę. Jeśli nieopatrznie dasz się namówić na kamień, który Ci Figa raz rzuci pod nogi, podniesiesz go i odrzucisz. To już lepiej RUN FORREST RUN! Już się od Ciebie nie odczepi.
Jak Figi nie było, nie było sprężyny. W porównaniu do Bubka to gówniara przecież. Teraz ma siedem lat. Tym samym Bubek swobodnie się przemieszczał i obsrywał działkę sąsiada. Zanim zamontowaliśmy sprężynę było tak. Ja sobie spędzałem tydzień na działce (tylko na tydzień diler mnie zaopatrzył), a kot przebywał pod opieką kobiet w Warszawie. Ale miał dojechać w kolejny weekend.
No i przyjaciele przyjechali pierwszy raz z Figą. Pies dynamit. Latała jak szalona. Codziennie rano pyskiem sobie otwierała bramkę i wpadała do mnie na werandę, żeby mnie wykicać.
Uradziliśmy z kumplem, że trzeba coś tym zrobić, bo pamiętacie wcześniejsze zwarcia mojego kota z psami na mojej działce, o których Wam opowiadałem. Szkoda Figi...
Powstał projekt "sprężyna" w czasie grilla i po kilku piwach nawet nam to zręcznie wyszło i Figa już się nie mogła dostać.
Następnego dnia rano wstaję. Figa na werandzie siedzi i merda ogonem. Kie licho!!! Może sprężyna słaba. Poprawiliśmy. Następnego ranka - to samo. Przeskoczyła parkan? Fizycznie nie możliwe...
Nastał piątek. Przyjechał Bubek. Okiem gospodarza zabezpieczył obejście. Spojrzał na mnie z wyrzutem jak usłyszał jakieś dziwne skomlenie za siatką. Ale luz. Figa u siebie. Bubek u siebie. Bubek przez siatkę nie przeskoczy. Figa też.
Wstaję rano. Wychodzę na werandę. Bubek siedzi przy siatce. Podchodzę bliżej i co widzę... PODKOP! PODKOP pod siatką. A na siatce ślady psiej sierści. Uciekinier chyba szybko wracał z powrotem do celi.
Spojrzałem z wyrzutem na Bubka i mówię - ty tu przyjeżdżasz się zrelaksować, a nie nadal prowadzić swoje życie klawisza. Odpuść piesełowi!
Nie odpuścił. Figa jest teraz tak nauczona, że nawet jak otworzę furtkę, to nie wejdzie zanim nie zawołam: - No chodź Figunia. Klawisza nie ma na terenie. Śpi w chałupie na górze...

Bubek i nieodwzajemniona miłość.

Nie uwierzycie, ale jednak tak było. Pewnego lata zaprosiłem moich znajomych na działkę. Sęk był w tym, że w ostatniej chwili mi zapowiedzieli, że przyjadą z psem. Młodym jamniczkiem. Opisałem im sytuację, że na działce w tym czasie będzie również przebywał kot morderca. Trochę się strapili, ale głupio mi było z powodu kota odwoływać ich przyjazd, więc obiecałem im, że będę Bubka pilnował, żeby się do pieseła nie zbliżał. Ponadto, nie chciałem być świadkiem morderstwa.
Znajomi przyjechali. Kot został w tym czasie odizolowany i przebywał na górnym piętrze chałupy.
Jamnik prześliczny. Długowłosy. Młodziak jeszcze. Cudak z miodowymi oczami. Sam bym się zakochał od pierwszego obejrzenia. Pobiegał po terenie i położył się obok nas przy grillu. Wódeczka, mięsko, rozmowy o dupie Maryni... i zapomniałem, że chałupa jest otwarta.
Kiler wyszedł na teren... i. ... zobaczył jamnika. Zanim się zorientowałem już był obok. I... spokojnym kocim krokiem podszedł do pieseła... i zaczął się do niego łasić! Przerażenie w oczach psa... priceless... Przerażenie w moich oczach też. Pies zawinął ogon pod siebie i uciekł za chałupę. Bubek wyglądał na zdegustowanego tą reakcją.
Nikt nie zrozumie jakimi ścieżkami ten kot podąża...

Bubek i sporty wyczynowe.

No nie ma co ukrywać, że Bubek jest już staruszkiem i ma problemy z poruszaniem się. Na działce mamy dosyć strome schody i o ile wejść po nich, to wchodzi bez problemu, ale ze schodzeniem różnie już bywa. Matka zabezpiecza je jak przyjeżdżamy takimi poduchami z foteli. Zwłaszcza środkową cześć, która jest bezpośrednio narażona (a raczej naraża) Bubka na jakieś ewentualne usterki w przypadku nieprawidłowo postawionej łapy. Siedzimy w chałupie popijając herbatkę. Nagle słychać... JEB SRUP DUP ŁUBUDU! Tak to Bubek schodził po schodach. Ojciec Kasi odstawia szklankę i pyta: - A nie myśleliście o tym, żeby mu kupić kask? Mina mojej matki prajsles 

Bubek i lunatyk.
Miałem kiedyś pierwszą działkę z domkiem i ją sprzedałem mojemu przyjacielowi. Przyjechaliśmy żeby to opić i ostatni raz w nim zamieszkać jako właściciele. Mój przyjaciel miał to do siebie, że często lunatykował. I wszyscy o tym wiedzieliśmy. Lipiec. Gorąca noc. Śpimy na górze, a kumpel na dole. Bubek oczywiście przyjechał z nami. W pewnym momencie budzą mnie jakieś głosy z dołu. Zapala się światło. Wychylam się z góry i widzę jak mój kumpel masuje sobie udo i jednocześnie mówi: - Przesadził! Ku...wa. Przesadził! Będąc zupełnie pewnym, że to któryś z kolejnych jego lunatycznych snów starałem się go uspokoić więc mówię: - Stary to tylko sen. Coś Ci się przyśniło. Idź spać. Nie rób afery! A on spojrzał na mnie i prawie wywrzeszczał: - Tak k..wa... to nie jest żaden sen! Ten Twój pie...ony kot, chciał wyjść przez to pier... lone okno i się poślizgnął i zjechał mi pazurami po udzie!!! Schowałem się i już nic więcej nie mówiłem...Bubek jak się okazało już był na górze i schował się za nasze łóżko...chyba coś tu można było połączyć w całość..

Bubek i balon.

Ogólnie Bubek jest zupełnie niewrażliwy na takie akcje, które powodują u innych kotów nadwrażliwość. Chociażby odkurzacz. Każdy inny kot zmyka w obecności włączonego odkurzacza. Bubek ma to w nosie. Można odkurzać obok niego, można odkurzać jego. Efekt ten sam. Absolutna apatia. Byliśmy w Zoo i kupiliśmy balonik. Taki co to sam się unosi. Po powrocie do domu Kasia wpadła na pomysł, że balon zostanie przywiązany do Bubka. Tak się stało. Leżymy w łóżku i oglądamy coś w TV i nie widząc kota z naszego punktu widzenia widzimy tylko jak balon się przemieszcza po pokoju. W lewo... w prawo... do przodu.. w tył... nagle balon się zatrzymał i opadł o kilka centymetrów... Kasia wychyliła się z łóżka i komentuje: - Położył się. Chyba zasnął..

Bubek i blender.

Po tym jak Bubek swoją akcją wykończył mi nowo zakupiony monitor dostał dyspensę na przebywanie nocą w naszym pokoju kiedy śpimy. Tego dnia zakupiliśmy blender i Kasia dostała szału robienia koktajli. Śpimy. Środek nocy. Nagle Kasia się podrywa i zaczyna mówić (przez sen): - Koktajl! Musimy zrobić koktajl!
Ja: - Co Ty mówisz kochanie?
Kasia: - Jak zrobimy koktajl, to będzie można otworzyć okno!
Ja: - Jakie okno?
Kasia: - Okno! I wtedy Bubek będzie mógł tu wchodzić!
Ja: - Bubek? Okno? Jaki koktajl! Co Ty mówisz?
Kasia: - JA WIEM CO MÓWIĘ!!! Chrap... chrap..
Nie pytałem już więcej... a ona rano nic nie pamiętała 
Bubek i wyznawcy szatana.
Któryś tam rok bytności Bubka na świecie. Ogólnie ja zupełnie nie jestem świętojebliwy. Ale matka czasami tak. Czas przyjęcia księdza po kolędzie i wręczenia mu koperty z Zonkiem. Księdzu przyszedł. Koteł bardzo zainteresowany jego sukienką. Włazi mu bezczelnie pod sutannę i się łasi. Księdzu w pierwszej chwili się to podobało, ale już po chwili był lekko zażenowany. A po kolejnej chwili już się chyba rozzłościł. Ale Bubek jak przystało na rodowitego Szatana miał to gdzieś. No to ksiądz go wypędził spod sutanny. Bubek odszedł na bok... przemyślał co się stało i jak księdzu wychodził to wykonał skok i ugryzł księdza w dupę... nie mogłem się powstrzymać od śmiechu jak matka przepraszała... ksiądz sobie gładził dupę, a my z Bubkiem rżeliśmy ze śmiechu... no ja na pewno 

Bubek jako samotny pogromca.

Czy już pisałem, że mój kot to morderca? A tak... chyba już pisałem. 
Działo się to kilka ładnych lat temu. Mam działkę 100 kilometrów od Warszawy. Często spędzamy tam weekendy razem z moim zbójem. Którejś pięknej soboty wpadł mój sąsiad na grilla. Z młodym wilczurkiem, którego niedawno został właścicielem. Jak to na działkach bywa Jacek już był lekko napromieniowany, a pies bez smyczy. Mówię: - Jacuś. Ale weź pieska trzymaj przy sobie. Szkoda, że nie wziąłeś smyczy. A Jacuś na to: - Ale, że niby dlaczego? Odpowiadam: - Ale dlatego, że Bubek jest gdzieś na terenie, Jacek na to: - No co Ty. Pies go nie ruszy Odparłem: - Ja się nie o Bubka boję, tylko o Twojego psa. Jacek tylko parsknął śmiechem. Grill rozpalony. Piwko zimne. Nagle zza domku słychać skowyt. Wylatują.Bubek siedzi okrakiem na psie. Jedną łapą wczepiony w kark, a drugą okłada psa po pysku. Pies przerażony robi kolejne rundy w koło domu. Jacek spada z krzesła. Ja w przypływie rozumu podłączam szybko szlauch do kranu i przy kolejnej rundzie schładzam zimną wodą temperament mojego kota. Bubek zeskakuje z psa i nonszalancko wolnym krokiem zmierza do chałupy. Pies drżąc z przerażenia chowa się za swojego Pana. Nos rozdrapany. Jacek patrzy na mnie z wyrzutem i mówi: - Twój kot to jakiś morderca! Pukam się w głowę i nonszalancko zmierzam do chałupy po jakieś medykamenty dla psa...
Nikt nie powinien się bawić odbezpieczoną bronią...

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Czekając na Ciebie...

Znowu zaspaliśmy. W zasadzie to Ty zaspałaś. Zerwałaś się z łóżka jak oparzona i nawet nie powiedziałaś mi "Dzień dobry." O całusie już nie wspominając. No dobra... zaspałaś. Jestem to w stanie dzisiaj Ci wybaczyć.

OK.  Życie. Praca i tym podobne frazesy. Rozumiem. Poleciałaś do łazienki. Ja też wstałem i poszedłem do kuchni coś przekąsić. Na parapecie siedział gołąb. Jak mnie zobaczył to odfrunął. Nienawidzę tych obsrańców. Oooo... piesek sąsiadki też się obudził. Słyszę tego gówniarza zawsze. Nie wiem co w tym jest, ale jak tylko wstanę to ten jełop jakby wyczuwał, że ja tez już jestem na nogach i zaczyna drzeć japę. Latrek... raltre... ratlerek... kto kurde wymyślił taką pokrętną nazwę dla pieska, który wygląda jak miniaturka sarny i na dodatek jest od niej kilka razy głupszy? Nie zmienia to jednak faktu, że jest wyjątkowo upierdliwy. Wróciłem do sypialni i uwaliłem się na łóżku. W poprzek. Albo wzdłuż. Zasadniczo nie ma różnicy. Teraz ja tu rządzę, bo kobieta w kąpieli! 

Wyszłaś w końcu. Naga. Kurde... ile razy można tłumaczyć, że kobieta naga po kąpieli nas facetów kręci najbardziej?? Najwyraźniej Tobie nikt tego nie przetłumaczy. Ale byłem chyba zbyt zaspany. Pośpiesznie ubrałaś się. Upiłaś łyka kawy i w przelocie wysłałaś mi dłonią całusa.

No fajnie. Drzwi się zamknęły. Zniknęłaś. 

Hulaj dusza! Chałupa cała moja! Coś tam jeszcze podjadłem i nagle dopadła mnie totalna senność. Wróciłem do łóżka. Chyba zasnąłem. Ej... no nie chyba... bo spałem jak zabity. Kiedy się ocknąłem było już późne popołudnie. Słyszę klucz w zamku. Wracasz. Udaję, że śpię. Wchodzisz. Zrzucasz buty w przedpokoju. Jesteś smutna. Nie no... znowu? Tak i oczywiście butelka wina. Zaczęłaś się rozbierać. Ej nie tak szybko! Rób to powoli. 

No i jak zwykle... wpakowałaś się do łóżka i odwróciłaś się do mnie tyłem. Chwilę to trwało zanim sobie o mnie przypomniałaś. Tak, jestem tutaj. Obecny i stęskniony. Przytuliłaś mnie i wyszeptałaś mi do ucha: - Tylko Ty mnie kochasz i rozumiesz!

Oczywiście, że tylko ja Cię kocham. Nawet nie wiesz jak bardzo! Poczekałem aż zaśniesz i wyzwoliłem się z Twoich ramion. Pora na przegląd kuchni.

Na parapecie siedział gołąb. Tak ten sam co rano. To już było lekkie przegięcie. Wskoczyłem na taboret i pacnąłem łapą w szybę. Odleciał. Wróciłem do sypialni i wtuliłem się w jej ramiona. 

Dobry Bóg dał mi dziewięć żyć. A to już moje kolejne.... z nią... 



niedziela, 11 czerwca 2017

Roger Waters - Is This the Life We Really Want?


Analogowy miód. 


Pink Floyd'ów słucham od zawsze. Twórczość własna Watersa dotarła do mnie w sposób nie chronologiczny. Zaczęło się od "Radio K.A.O.S", albumu, który usłyszałem późno, bo cztery lata po jego powstaniu. Zaraził mnie nim mój kolega z ławki w ogólniaku. Adam Grabarczyk. Zakochałem się w tej płycie.  Waters eksperymentował wtedy z dźwiękiem przestrzennym. Do dzisiaj pamiętam, że za każdym razem jak puszczałem sobie tę płytę w domu, to na podwórku szczekał pies. Altusy 100W robiły swoje. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że ten pies szczeka na nagraniu. Album doskonały w każdym calu. Ale zupełnie odmienny i nie przypominający Watersa z jego produkcji z czasów Pink Floyd. Przyzwyczaił mnie jednak do tego, że pewne albumy tworzą integralną całość i nie można słuchać każdego utworu oddzielnie, a już na pewno trzeba ich słuchac po kolei. 

Dwa lata później spędzałem lato w Zakopanym ze swoją ówczesną miłością i w pewnym małym sklepiku muzycznym usłyszałem "The Pros And Cons Of Hitch Hiking"... skądś znałem ten głos. Zacząłem rozmawiać ze sprzedawcą.  Rany Boskie! Album z 1984 roku, a ja go nigdy wcześniej nie słyszałem? Przez 10 lat?? Fakt. Nie było wtedy internetu. Zakochałem się ponownie. Największym skarbem jaki przywiozłem z tego wyjazdu, był właśnie wtedy ten album. Niekończąca się ballada. Waters czerpał na tej płycie (1984) pełnymi garściami ze swoich starych dokonań i można tam znaleźć wiele smaczków z jego twórczości z PF. Smakowitych smaczków. Cudownie się tego słuchało nocą, leżąc na werandzie w chałupie oddalonej od wszelkich skupisk ludzkich, patrząc na rozgwieżdżone niebo.  Roger temat pociągnął w albumie z 1986 "When The Wind Blows", ale ten już jakoś tak bardzo mnie poruszył. Takie odcinanie kuponów, ale nadal klimatyczne. 

"Amused to Death" już nie przegapiłem. Był rok 1992. I chyba byłem jedną z pierwszych osób w Polsce, która przesłuchała ten album. Kakofonia. Mroczny i doskonały. Majstersztykiem według mnie jest na tej płycie jest utwór "Three Wishes". Czyli mamy już cztery pełne albumy Watersa. A każdy z nich praktycznie inny i niesamowity.

Nigdy się nie zgadzałem z opinią, że PF bez Watersa to nie PF, bo chłopaki bez niego też dawali sobie doskonale radę (chociażby The Division Bell).

Nigdy się też nie zgodzę, że Waters bez PF, to już nie to samo. I właśnie nastał ten moment, żeby to potwierdzić. Po 25 latach. Zasadniczo, przecierałem oczy jak się okazało, że parę dni temu Roger wypuścił zupełnie nowy (NOWY!) album z (NOWYM!) materiałem. Pojawiło się od razu wiele recenzji, ale omijałem je szerokim łukiem. Musiałem to sam stwierdzić, organoleptycznie. Parę dni temu tak się stało. Od tej pory przesłuchałem już album kilkanaście razy... 

Dwie warstwy jak zwykle. Muzyka i teksty, które są nierozdzielne. I znowu postawienie na integralną całość. Nie można tego albumu oceniać na podstawie jednego utworu, jednego teledysku itp.

Analogowy miód, o którym wspomniałem na początku tego wpisu. Album chwilami jest minimalistyczny, przypomina o rodowodzie Watersa i pokazuje, że bas, gitara prowadząca i perkusja potrafi robić cuda i zasadniczo nic chwilami więcej nie potrzeba. I nagle zaskakuje wprowadzeniami pełnej symfonii. Syntezatory rodem z czasów analogowych. 

Tworzenie klimatu czterema akordami. Przesunięcie epoki. Gdyby niektóre z tych utworów powstały 40 lat temu, też byłyby na czasie, a są nadal na czasie. 

Polecam odsłuchanie albumu nocą. Nie dość głośno. Przy zamkniętej strefie. Tylko Ty i muzyka. Żadne pierdziółki bassbary i tym podobne cyfrowe badziewia. Ta płyta aż się prosi, żeby była dystrybuowana na kasetach ferro magnetic i odsłuchiwana na deckach z Dolby Pro i porządnych kolumnach Made in Poland. 

Teraz (nie chronologicznie) o samych utworach.

"Smell The Roses" 

Klasyka brzmienia. Bas. Perkusja. Gitary. Lekkie syntezatory. Cofamy się do czasu Pompei. Tu nie ma się do czego przyczepić. I niesamowite przejście... przywołujące na myśl soundtracki z filmów z lat 80-tych. A później nawet z lat 70-tych. Brzmienie ... brzmienie!

"Wait For Her"

Wspomniany przeze mnie wcześniej efekt "czterech akordów". Z niesamowitym wykorzystaniem brzmienia fortepianu, który tu robi główną robotę.

I kolejne dwa utwory, które zamykają płytę, są właściwie całością z powyższym. Kiedy przemijają ostatnie dźwięki "Part Of Me Died" i czekasz na kolejny utwór... nagle domyślasz się, że to już koniec i album właśnie się skończył... i chyba coś nie zostało powiedziane do końca. I co robisz? Odtwarzasz album od początku... and again and again...

"Deja Vu"

Zasadniczo pierwszy utwór na płycie, który nawiązuje klimatem do finału. I jest z nim nierozerwalny. Jeśli po dwóch minutach Ci się nie spodoba, nie zrozumiesz całości. Watersowy klimacik. Jakże nam znany. Symfoniczny od połowy. Klasyka. 

"The Last Refugee"

Temat trudny, już ze względu na sam tytuł utworu. Dla mnie mieszane uczucia. Odsyłam ogólnie do liryki albumu, którą zamieszczam pod koniec tego wpisu. Ale kolejny przykład jak ten album jest spokojny i stonowany. Nie ma porównania do eksperymentu jakim było "Radio K.A.O.S. " Cudownie niespokojny.

"Picture That"

Oj! Kto zna PF ten wie jak się się po wprowadzeniu dalej potoczy ten numer. Rozkręca się niesamowicie. Chyba najbardziej dynamiczny na płycie, i chyba najbardziej kojarzący się z The Wall,  jeśli chodzi o klimat. Perełka. Te dynamiczne przejścia, zasadniczo jak się zna twórczość PF, to nic w nim nie zadziwia. Nie zadziwia w sensie jak najbardziej obiektywnym. To jest własnie to co kochamy w tej muzyce...

"Broken Bones"

Chciałbym, żebyś tu był. Co nie? Na pierwszy rzut ucha. Powrót do korzeni. Nigdy się takie klimaty nie nudzą. Z każdym kolejnym przesłuchaniem twierdzę, że to po prostu autonomiczna część całej twórczości Watersa. I mam "Deja Vu", że to słyszałem, ale jednak nie do końca. I te wiolonczele...  cudowne!

"The Most Beatiful Girl"

Ponownie wehikuł czasu. Bez wodotrysków. Trzeba tylko zamknąć oczy i dać się prowadzić muzyce. Nie wiem co tu więcej napisać. 

"Bird In The Gate"

Najbardziej "technologiczny" utwór według mnie.  Według mnie idealnie nadawałby się do jakiegoś mrocznego SF pokroju Blade Runnera'a. Mistrzostwo!

Reasumując. Ogólnie jestem człowiekiem leniwym, ale po przesłuchaniu kilkakrotnym tego albumu stwierdziłem, że muszę się z Wami podzielić moimi odczuciami, bo dawno mnie tak nie ruszyła muzyka. Muzyka, to mało powiedziane.

Według mnie na chwilę obecną to jest album roku. 10/10. Tu nie ma, jak to obecnie bywa utworów świetnych, gorszych, lub takich sobie. Mamy tutaj pełną, spójną całość, która po prostu jeśli ktoś potrafi ją dobrze odebrać wdziera się głęboko i pozostawia ślad na psychice.. w pozytywnym słowa znaczeniu.

Polecam. Bez dwóch zdań.

Misiek666

Teksty:

https://genius.com/albums/Roger-waters/Is-this-the-life-we-really-want